#002 - WYJECHAŁAM Z DOMU



Dzisiaj z innej beczki. W ogóle fajnie, że z jakiejkolwiek. Mamy progres, druga notka.
Nie zostawiłam bloga od razu po napisaniu poprzedniej, także kariera blogerki wisi w powietrzu.
Na wstępie chcę podziękować za miłe komentarze, które nie powiem, całkiem mnie zmotywowały, aby jednak dalej brnąć w tego bloga. Chociaż przyznaję się bez bicia, jest fajnie. 


W tym wpisie trochę o tym, że wychodzę z domu. Wiem, że wiele osób może to zdziwić, niektóre pewnie spadną z krzesła, ale takie są fakty. Czasem wstaję od komputera, jednak robię to rzadko, bo przecież nie można tak szaleć. Seriale same się nie obejrzą, gry same się nie zagrają a tumblr sam się nie zrebloguje. Dziś o rowerze. O tym jak dwa kółka (kierownica, pedały, siodełko, dzwonek, hamulce, łańcuch i odblaski) mogą zainspirować kogoś do działania. 

 

W poprzednim roku zapadła decyzja o zakupie roweru. Na początku jednego, bo sama nie byłam pewna, czy jeszcze pamiętam jak to działa. Ogólnie moja historia z rowerem zaczęła się jakoś
w podstawówce. Tak szybko jak się zaczęła tak się skończyła. Na komunię genialnym planem było wymarzenie sobie hulajnogi, bo przecież nie mogłam być jak każde normalne dziecko, które chce rower. No i dostałam hulajnogę. Chociaż jak teraz o tym myślę, to w ogóle nie żałuję tego pomysłu, bo moja hulajnoga była zajebista. Do czasu, aż się popsuła. Spoczywaj w pokoju. 





Jestem panikarą. Lubię sobie czasami panikować, tak dla zasady. Czasami też nie panikuję, ale akurat jeżeli chodzi o rower to osiągnęłam stan dużej paniki. Nie byłam pewna, czy przed cały ten czas w moim systemie operacyjnym nie zaginął sterownik odpowiadający jazdę na rowerze. Śmiejcie się, ale tak było. Chociaż myślę, że największy udział w tym wszystkim miało moje nastawienia, które było... było. Jednak wyszło jak zawsze. Dużo panikowania i zamartwiania się, oczywiście niepotrzebnie. Jak wsiadłam na rower to nie chciałam z niego zejść. A według moich obliczeń nie jeździłam na rowerze z osiem lat. Sama nie wiem jak to się stało. Naprawdę.



Pisząc to wszystko w mojej głowie pojawił się obraz jak z taniego talent show, kiedy jeden z uczestników opowiada historię swojego życia. Wszystko było beznadziejne, nic mi nie wychodziło, ale pójście do tego programu otworzyło nową furtkę w moim marnym życiu. Znalazłam cel, który chcę osiągnąć. Do tego popłaczę się jeszcze trzy razy, żeby wzbudzić politowanie, sympatię i ogólnie wysyłajcie na mnie SMSy. Chodzi mi tutaj o to, że czasem wychodząc poza strefę swojego komfortu możemy znaleźć coś, czego szukaliśmy przez długi czas. Nawet jeżeli nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Kiedy mówię, że uwielbiam jeździć na rowerze jest w tym coś więcej, niż każdy słyszy. Ogólnie ludzie nie lubią analizować tego, co inni do nich mówią. Kodują suche fakty, tak z grzeczności. Chociaż czasem nawet i tym się nie przejmują. Ale halo baza, bo odbiegam od tematu. 



Hej, nie planowałam w tym wpisie jakiegoś głębszego przesłania, ale widzę, że się na nie zanosi. Poza środkiem komunikacji znalazłam sposób na stawianie sobie poprzeczki, dosyć wysoko. Zaczęłam ustalać cele, które osiągam. Pierwszy raz podjechałam pod górę, pod którą nigdy podjechać nie mogłam. Nie sądziłam, że w ogóle uda mi się kiedykolwiek to zrobić. Udało się. Podjeżdżam pod nią teraz za każdym razem, bo wiem, że mogę. I potrafię. I dam radę. A ja bardzo nie lubię nie móc. Osiągnęłam też swego rodzaju spokój psychiczny, co uważam za jeszcze większe zwycięstwo. Wszystko to przez dwa kółka (i całą wcześniej wymienioną przeze mnie budowę roweru). Jeżeli ktoś dotrze do tego momentu to chciałabym, aby trochę o tym pomyślał. Nie chodzi mi konkretnie o rower, może być hulajnoga, czy coś przed czym wcześniej miał obawy. Chodzi o zrobienie tego najtrudniejszego kroku do przodu.



Co ja narobiłam. Z fajnej notki wyszło mi wypracowanie motywacyjne. Ale co tam. W sumie to fajnie, bo sama zdałam sobie sprawę jak dobrze, że się przełamałam. Rower traktuję jako cudowny sposób do wyciszenia się, wyładowania złych energii i do po prostu zmęczenia się, żeby lepiej się spało po powrocie do domu. Mam nadzieję, że i Wy znajdziecie coś takiego, co pomoże Wam po ciężkim dniu, tygodniu, miesiącu stanąć na nogi. Każdy na swoje sposoby, a moim jest rower. 



Zdjęcia w dzisiejszym wpisie są zlepkiem z różnych wycieczek rowerowych, które odbyłam w ostatnim czasie. Wszystkie są również sponsorowane przez mój telefon. Naprawdę podoba mi się przerabianie zdjęć w telefonie. Klikam może cztery razy i gotowe. Do tego korzystam z darmowego programu, więc niebo na ziemi. Teoretycznie nawet nie planowałam, że kiedyś te wszystkie zdjęcia pojawią się w jednym wpisie. A widzicie. Życie jest pełne niespodzianek. Hah.
Zdjęcia, na których jestem zrobiła moja mama. Najlepsza kompanka do wycieczek rowerowych - nie obrażając innych osób, które miały przyjemność jeździć ze mną. Mama to jest jednak mama. 

5 komentarzy:

  1. Fajne Zdjęcia. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam w zyciu dwie pasje - fotografię i rower. Fotografia jest pozywka dla duszy. Uważam, że jeśli dusza nic nie tworzy to jest nic nie warta.
      Rower to pożywka dla ciała. Pozwala się wyżyc za całe zło świata. I daje to, czego nigdzie indziej nie znajdziemy. Rower pozwala pojechać do pracy z kanapkami, nie karabinem maszynowym. Rower pozwala "spoko, człowieku, nic się nie stało", zamiast walnać gościa siekiera w głowę. I to rower pozwala wypić zimną kawę w restauracji, zamiast wylać ją na kelnera.

      O moim rowerze trochę tutaj -> http://paint-bike.blogspot.com/2016/04/roweromania.html

      A o mojej historii rowerowej trochę tutaj -> http://paint-bike.blogspot.com/2016/06/czeresnie-i-liscie.html

      A historia rowerka u mnie jest dosyc długa. I nadal mi się nie znudził. I chyba już nigdy mi się nie znudzi.:)

      Pozdrawiam.

      Usuń
    2. mogę się bez wahania podpisać pod twoim komentarzem ; )

      Usuń
  2. o.. jeszcze tu napisałem o moich pasjach -> http://paint-bike.blogspot.com/2015/12/zdjecie-30-widziane-inaczej.html :)

    OdpowiedzUsuń